Przygoda z Astrid Lindgren

Muszę przyznać że to wpis do którego szykowałam się dość długo, bo związanych jest z nim wiele wspomnień i kolejnych etapów w życiu mojej Zosi, choć dotyczy tylko czy może aż książek.

Przez te kilka lat naszym zdecydowanym faworytem, pomimo tak dużego wyboru rozmaitych pozycji, jest Astrid Lindgren i jej zachwycające książki, które nigdy się nie starzeją i są tak samo aktualne dziś jak jak i 50 lat temu, choć otaczający nas świat się zmienia. Trudno mi pisać o warstwie językowej, bo być może w oryginale trącą myszką, ale mamy świetne współczesne tłumaczenia, więc pozostaje mi wierzyć że nie starzeją się jak chociażby nasz „Plastusiowy pamiętnik”.
Nasza przygoda z Astrid zaczęła się gdy Zosia miała 4 lata. Zachwycałyśmy się wówczas „Lottą z ulicy Awanturników” w tłumaczeniu Marii Olszańskiej, która była dołączona do tygodnika Polityka w ramach akcji „Cała Polska czyta dzieciom”. Lotta to bardzo rezolutna dziewczynka, która ma zawsze własne zdanie i jest uparta jak osioł. Przeczytałyśmy prawie wszystko co było dostępne na naszym rynku, niestety nie wszystkie wydawnictwa są godne polecenia. Warto zwracać uwagę nie na tylko na warstwę edytorską, ilustracje, ale również na tłumaczenie. Spośród wielu książek, które przeszły przez moje ręce polecam Wydawnictwo ZAKAMARKI i świetne tłumaczenia Anny Węgleńskiej, oddające mam nadzieję barwny dziecięcy język Lotty. Są to „Pewnie że Lotta umie jeździć na rowerze”, Pewnie że Lotta jest wesołym dzieckiem” i od lat nasza obowiązkowa lektura przed Bożym Narodzeniem „Pewnie że Lotta umie prawie wszystko”. Wszystkie trzy opowiadania są nie tylko wydane w ładnej grubej oprawie ale również ozdobione pięknymi ilustracjami Ilan Wikland, po obejrzeniu których wizerunek Lotty zapada na długo w pamięć.
Lotta
Godna polecenia jest również książka „Dzieci z ulicy Awanturników” wydawnictwa Nasza Księgarnia również w tłumaczeniu Anny Węglińskiej.
Co prawda z Lotty już wyrosłyśmy, bo skierowana jest do małych dzieci w wieku 4-5 lat, ale w tegoroczne wakacje odkryłam inny atut tych książek. Nie jest to już nasza ulubiona lektura do poduszki, ale idealna lektura do nauki samodzielnego czytania dla Zosi.
Bardzo płynnie przeszłyśmy z Lotty do „Emila ze Smalandii”, którego przygody skierowane są do ciut starszych dzieci w wieku 6-7 lat. Przygody Emila to nie tylko świetna lektura dla maluchów, ale również wspaniała przygoda dla rodziców i babć, które mogą wrócić wspomnieniami do czasów swojego dzieciństwa. Dzieciństwo Emila to świat pozbawiony telefonów komórkowych, telewizji i tabletów. Świat w którym istotną rolę odgrywała dziecięca wyobraźnia. Emil struga drewniane ludziki, nosi cyklistówkę, odwiedza świąteczne jarmarki a przede wszystkim jak sam powiada chodzi pohulać. Emila znamy również z kolekcji Polityki w świetnym przekładzie Ireny Szuch -Wyszomirskiej, oraz z wydawnictwa Zakamarki „Skąpy nie jestem, powiedział Emil” w tłumaczeniu Anny Węglińskiej.
Emil

 Oczywiście to nie koniec, naszych wieczornych przygód z twórczością Astrid Lindgren. W tm roku odkryłyśmy kolejnych bohaterów Karlsona z dachu i Pipi Pończoszankę, ale o tym już wkrótce.



Brak komentarzy

Skomentuj